Latem w parku siedzę na zielonej ławce - kolor nie ma znaczenia dlaczego więc piszę zielonej?... Czytam "Cesarza" Kapuścińskiego. Dzieci biegają po piasku, plac zabaw huczy od śmiechu niczym piec martenowski, przechodzą dwie matki - dwie kobiety, które wydały na świat swoje córki i jedna z nich widząc że czytam podchodzi i zagaduje:"Pan tak zawsze z książką, ja też bardzo lubię Kapuścińskiego ale nie mam czasu by poczytać bo dzieci, bo dom, bo mąż, bo praca ale kiedyś na pewno się wezmę, poza tym podobno przynajmniej raz w roku trzeba przeczytać "Tajemniczą górę" Manna". Kończy i odchodzi z uśmiechem za swoją córką. Skoro matka dzieciom o czarnych włosach i przyjacielskim tembrze głosu tak mówi czytam więc "Czarodziejską górę" - mniej więcej od miesiąca - czyli o wiele krócej niż trwa sama powieść. Autor zaleca by przeczytać ją dwa razy ale by to zrobić wypadałoby wyjechać do sanatorium i w spokoju balkonowego leżakowania wolno wdychać sączące się z kart słowa. Niewiele rozumiem więc pozostają obrazy - unużany w słabym świetle peron, po którym idzie bohater - Hans Castrop ze swoim kuzynem Joachimem.
To ogromna książka skąpana w morzu słów, morzu znaczeń, morzu cierpień.
Zaczął się właśnie listopad, opadły liście a ja zamknąłem ostatnią stronę powieści Manna. O czym była - nie wiem - i chyba nie ma sensu analizować, opisywać fabuły i odbierać czytelnikowi rozkoszy poznawania świata oczami głównego bohatera. Na pewno warto ją przeczytać by zrozumieć, że życie, czas, cierpienie i miłość są pojęciami bezwzględnie względnymi. Warto zadać sobie katorżniczy trud doczytania jej do końca ponieważ ostatnie akapity rzucają zupełnie nowe światło na te pełną światłocieni książkę. Mann pisał ją dwanaście lat. Pomysł zrodził się nie gdzie indziej jak właśnie w szwajcarskiej miejscowości kuracyjnej Davos, do której autor zjechał w odwiedziny do swej chorej żony. Akcja książki rozciąga się na siedem lat. Mnie zajęła trzy miesiące i teraz chodzę po bibliotekach i niczego nie mogę wybrać.
Książka jest o czasie - to trywialne stwierdzenie ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy (krytycy w większości zaczynają od dojrzewania Hansa Castropa, walce o jego duszę pomiędzy Naphtą a Settembrinim, panoramie społeczeństwa europejskiego u progu wojny i kondycji moralnej końca dwudziestego wieku itp). W sumie trudno się z nimi nie zgodzić przecież mówią prawdę i wiedzą o czym jest książka i co autor miał na myśli choć zapewne sam nie przypuszczał, że właśnie to i to na tylu stronach.
Cisza, śnieg, szum powietrza, kroki na korytarzu, przyćmione światło, powiew wiatru, szelest sukni, odgłos wystrzału, kości zastygłe w szklanym uścisku rentgenowskich promieni i mnóstwo pytań i wątpliwości okraszonych przepysznymi daniami serwowanymi w niezwykle wyrafinowany sposób taki klimat panuje na szczycie Czarodziejskiej Góry.
Równie ekscytujące jest sfera, którą Manna ledwo muska a mianowicie miłość, erotyka i pożądanie. Oto mamy piękną i niedostępną KŁawdię, w której durzy się Hans, mamy całą stronnicę opisów, w których Hans obserwuje, analizuje, opisuje mamy mnóstwo słów a jakby daleko od duszy Hansa jesteśmy, jakby autor bał się zajrzeć głębiej w serce pełne buzujących hormonów.
Hans mówi prawdę z zamkniętymi oczami - jest tchórzem ale w takiej epoce żył i ani mu było w głowie łamać konwenanse.
Scena na peronie - opadające płatki śniegu tłumią wszelkie odgłosy, blade światło gazowych lamp więcej maskuje niż oświetla - za chwile rozpocznie się mozolna wspinaczka na "górę".
Bal maskowy gdzie z zamkniętymi oczami można wyznawać miłość i trwać w miłosnej ułudzie biorąc ją za realność.
Samotna wycieczka w góry - zatracenie w zamieci.