Stanisław Dygat - mąż Kaliny Jędrusik i jeden z ulubionych pisarzy "tej Pani" towarzyszy mi od dwóch dni na szpitalnym łóżku w "podróży" do wnętrza mej własnej młodości u boku obłożnie chorej córki, w oparach inhalacji i kroplach kroplówek.
Bohater "PODRÓŻY" - podczas podróży do słonecznej Italii - analizuje poprzez pryzmat wymyślonego Henryka rozmaite warianty piekła jakie ludzie zwykli czynić samym sobie podejmując rozpaczliwie tchórzliwe decyzje dotyczące ich własnego życia.
Henryk - imię w polskiej literaturze obrosłe legendą i wieloznacznością ("Nie-Boska komedia" , "Ślub") jest kwintesencją wtórności, miałkości, małostkowości i nijakości. A jednocześnie posiada marzenia, ambicję, wrażliwość i jakiś pozór "duszy", która z rozpaczą przygląda się jak ciało w, którym mieszka jego administrator na tym łez padole niszczeje w beznadziejnej motaninie naiwnie branej za prawdziwe życie.
Emocjonalnie patologiczny schemat rodzinny powielany z ojca na syna - ukryta nienawiść, obojętność , strach, smutek i permanentna beznadzieja oblana sosem sarkazmu i autoironii.
Wzloty i upadki miłosne, z wolna tracone złudzenia z przerwami na autoironiczne komentarze dotyczące mieszkańców Marsa mówiących po polsku, wybitnym reżyserze polskiego pochodzenia i strukturze społecznej pionu ministerialnego.
Ale dość tej pastwy...
Książka kończy się jak baśń - tragicznie i przejmująco - piękna wyspa, piękne i wzniosłe uczucie, piękna kobieta i tragiczne uczucie spychające parę kochanków w przepaść cierpienia.
Szpital ma przestronnie przepiękną łazienkę z widokiem na park, ogródki działkowe i kopułę neobizantyjskiego kościoła po wezwaniem św.Teresy. Słoneczne kafelki złamane szarością lamperii i bielą sufitu łagodnie zamykają wnętrze wypełnione prostopadle ułożonymi umywalkami, wanną i kabiną prysznicową.
Wczoraj gdy wszyscy pacjenci zasnęli już snem dusznym, mrocznym i niespokojnym wymknąłem się chyłkiem do łazienki chowając w ręczniku butelkę "Melnika" rocznik 2008 i kilka świec by oddać się biblijnej rozpuście z udziałem wody i wina. Ręcznik zarzuciłem na lampę, cichcem odkorkowałem wino, zapaliłem świece i zanurzywszy się w bezbrzeżnym ukropie odpłynąłem na "zielone pastwiska" wyobraźni i marzeń. Długo i namiętnie dysputowałem w myślach z Horacym, Seneką, Markiem Aureliuszem, Cyceronem, łagodnym i wyrozumiałym Owidiuszem, zatroskanym i zaniepokojonym sanitariuszem, który od dziesięciu minut nie mógł się mnie dopukać i już miał zamiar wyważać drzwi, kiedy wreszcie się ocknąłem i dałem znać, że jednak żyję i za chwilę wrócę do boxu.
Za oknami niepodzielnie panował mrok. Podniosłem swe mokre, pomarszczone ciało i poniosłem je ku szpitalnej pościeli by dzielić dolę i niedolę chorobliwej braci przy wtórze skrzypiących sprężyn, pokasływań, szurań kapci i ciężkich oddechów.
Zamknąłem drzwi jak rozdział i zasnąłem...
Pierwsze zdanie powoduje, że człowiek zaczyna czytać zadziowyn przedstawieniem Dygata jako nie instytucji samej w sobie tylko męża swej żony...
OdpowiedzUsuńA im dalej tym bardziej ma to się w tzw "gdziesiu" wciagając się w opowieść ksiązkowo szpitalną...
Wysoce intrygujące...
"zadziowym" ?
OdpowiedzUsuń